Nasz wczorajszy wyjazd do Llandudno. Odkąd mieszkam w UK moja wielkanoc nabrała zupełnie nowej twarzy. Po wielkanocnym nabożeństwie przeważnie wybywamy gdzieś z T. :) w jakieś nowe miejsce. Nie ma siedzenia za stołem i objadania się :P Niemniej muszę przyznać, że jednak brakowało mi polskiej święconki na stole, jajka z chrzanem i pieprzem, barszczu z białą kiełbasą... ech rozmarzyłam się...(polska natura nie daje o sobie zapomieć...)
Llandudno, to b. dobrze znana nadmorska miejscowość kurortowa, której tradycja sięga czasów wiktoriańskich. To 20 tysięczne miasto zachowało do dziś wiele ze swojego wiktoriańskiego stylu, co nie bez powodu przyciaga turystów. Jest tu promenada, betonowo-kamienno-piaszczysta plaża, molo z małymi wiktoriańskimi sklepikami sprzedającymi lody, suweniry, obrazy, smażoną rybę z frytkami :) letnią odzież, zabawki i inne gadżety itp a także mnóstwo nadmorskich hoteli i kamienniczek, kolejka linowa, starodawna kolej z trasa krajoznawczą, ogrody, kościoły, sklepy i móstwo kawarenek.
Wczoraj, przy tak pięknej i słonecznej pogodzie, do Llandudno zjechały tłumy turystów. Każna jedna ławka, wolny murek a nawet trawnik były zajęte przez leżakujących bez skrępowania brytyjczyków. Na molo również pielgrzymki ludzi spragnionych morskiej bryzy. Nie brakło też dzieciaków oglądających słynny teatrzyk kukiełkowy Punch and Judy oraz amatorów przejażdżek starym tramwajem czy autobusem.Gdzieś w tym tłumie, co raz obił mi się o uszy jakiś polski głos...





No comments:
Post a Comment